|
wtorek, 15 marca 2011
Weekend spędziłem w towarzystwie dwu najbardziej olśniewających aniołków w układzie słonecznym. Liczą 12.5 i 11 lat, ale jak na swój wiek świetnie się trzymają, zapierając mi co chwila dech swoimi ciętym ripostami, z których moja ulubiona to 'tato'. A raczej 'TAAATOOO !!' - Jakich ? - No przecież wiesz. Tych przedpotopowych takich - Ale których ?? - No tego ‘wybornie’, ‘figlarnie’ i tego najbardziej obciachowego, nooo ... O wiem : ‘ochoczo’ ! - To jak mam mówić ? - No tak bardziej młodzieżowo - Tak jak emu ? - Jakie ‘EMU’, THATHOOO ?! - No takie z piórkami przylizanymi do mordki, co całe przygarbione łazi i smutne jest - To nie żadne EMU tylko emo : E-MO, THATHOOO !! - No dobra, postaram się dawać radę i nie nastrzelać Wam obciachu więcej niż zwykle. Git ? - Nooo, widzisz ? Jak chcesz to umiesz mówić normalnie, młodzieżowo, a nie jak te stare zgredzie - Jeszcze chwileczkę, bo jeszcze obczajamy bazę Dziewczyny łypnęły na mnie z mieszaniną podziwu i grozy, po czym schowały głowy w rozstawionych pionowo menu - No to jak mam w końcu mówić, jak młodzieżowo też nie mogę ?! - To już mów zgredziowo, już mi wszystko jedno ...
środa, 09 lutego 2011
W ramach projektu współfinansowanego ze środków właścicieli okolicznych piwnic i zaparkowanych w odludnych częściach osiedla samochodów, zmierzyłem się z problematyką konfliktów damsko-męskich. Już choćby pobieżne przestudiowanie każdego z 64,352 tomów akt z przegródki ‘Przemoc w rodzinie’, pozwala dostrzec pewien powtarzający się wzorzec, pod którym ukrywa się istota zjawiska. Co nią jest chciałoby się zapytać ? Męska niewierność czy damska przewrotność ? Męska słabość do %-ów czy damska predylekcja do jęków i zawodzenia (poza okolicznościami alkowianymi) ? Otóż, to zaledwie skutki, ale jaka jest ich przyczyna ? Dla tych zaciekłych Czytelników, których aż dotąd nie udało mi się wypłoszyć – nagroda (OSOBY O SŁABYCH NERWACH, MATKI KARMIĄCE I INWALIDZI III-CIEJ GRUPY PROSZENI SĄ O OPUSZCZENIE AULI) Tym czymś jest : mistyczna, legendarna i spowita gęstą pajęczyną tajemnic KLAPA Tak klapa. Łagodny, lśniącym swym lazurem lub muślinem, przywołujący na myśl najtkliwsze wspomnienia z sielankowego dzieciństwa, owal. Wydawałoby się - jaka jest każdy widzi, znamy ją jak własną kieszeń, po tylu miłych chwilach które przez lata nam ofiarowała (ze wzajemnością, zresztą). A jednak. Jej siła rażenia ujawnia się tyleż podstępnie co nieoczekiwanie. Klapa potrafi pokazać kły zarówno o brzasku, co przed podwieczorkiem. W upalne południe lub podczas mroźnej pełni, o północy. W Londynie, Paryżu, na Szmulkach czy Pelcowiźnie. Jest dzika, okrutna i nieokiełznana. A przy tym sieje zagładę praktycznie nie wydając dźwięku. Mroczny, bezgłośny i nie znający litości killer. Żaden inny drapieżnik, nie ma na sumieniu zbliżonej nawet liczby ludzkich traum, dramatów i kataklizmów. Cóż można zrobić by to bydlę oswoić ? Czyż modły, zaklęcia, tajemne misteria i ofiarne jagniątka już nie wystarczą ? Otóż – Umiłowani – nie. Nie wystarczą. I to dalece nie wystarczą. Jest jednak coś, co w otoczonych najgłębszą tajemnicą tajnych, wojskowych laboratoriach mieszczących się w czeluściach schronów atomowych połudnowej Alzacji i Lotaryngii, po latach ascezy, znoju, krwi, potu, łez i wyrzeczeń odkryli nasi wybitni archeologowie i fizycy korpuskularno-klapowi ARCHETYP PRZYJAZNEJ KLAPY Klapa, po opuszczeniu której słychać zmysłowy szept. Szept i timbr Pani wybierany jest przy tym losowo. Taka wucetowa odmiana ciasteczek z wróżbą. Zaklęcia i timbry pobierane są bezprzewodowo z neta automatycznie po każdym wciśnięciu kapsla. Garść wbudowanych : 1) Dzięki Ci za ładunek. Proś o co zechcesz. Ohhhh Effendi 2) Byłeś boski. Niech spoczną na mnie jeszcze kiedyś Twe alabastrowe lędźwie i marmurowe biodra 3) Mmm ohh yeah Badania kliniczne, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością potwierdziły skuteczność Przyjaznej Klapy (Na panel 100,000 testerów, tylko niejaki Robert.83 oparł się jej magii) Fabryki w Shenzen, Guangzhou i Ho-Chi-Minh City zerwały kontrakt z Apple i pełną parą na 3 zmiany tłuką Przyjazną i tak robiąc bokami w obliczu zalewającego je popytu. Ostatnią serię zaledwie miliona dech, wyżebrał robiący furorę wśród Chińczyków swą krasą i talentem Radek Majdan, kótremu to nasze miłe Czytelniczki zawdzięczają jedyną okazję nabycia tego cacka w dumpingowej cenie tysiaka baksów + VAT. W jego imieniu czarną robotę dystrybucyjną odwali za symboliczną kratę chmielu, wujek Knur Jakieś pytania ?
poniedziałek, 07 lutego 2011
Nie ma mientkiej gry. Skończyło się. Rodzina, najbliżsi, delegacja załogi i związków zawodowych, poduchy z medalami, nieutulona w bólu wdowa, pogrążone w smutku dzieci, gawron i do piachu. Nie będzie więcej kawuń, herbtuś, laciatek, maciatek, eklerek, mufinków i krłasantków. PS Zapomniałem adresu strony na której Olka prowadziła swą pracownię chatu doświadczalnego, nie mogę więc oddać Jej zasług w powstaniu tego tekstu tak jak na to zasługuje
piątek, 04 lutego 2011
- Tato, nie jeździj tak po wariacku, tylko normalnie - Jak to po wariacku ? - No tak, że się rozpędzasz, a potem nie umiesz kogoś wyminąć to wyciągasz ręce jak jakiś lunatyk - W ten sposób oswajam się z szybkością i uczę wymijać. Inaczej nigdy się nie nauczę - Nie. Zobacz jak inni tatowie wymijają - Inni tatowie walczą o życie, a jam jest hardkor - Taaa, aha. Ty to robisz specjalnie, żeby znów wpaść na tamtą panią w zielonym - W jakim zielonym ? - Tato, nie udawaj, wszystko widziałam ! - Jam jest hardkor, zaprawdę powiadam Ci (...) - O tą piosenkę też znam ! - A po czym poznajesz, że to piosenka ? - No po melodii, nie słyszysz ? - To tam jest jakaś melodia ? Myślałem, że gość książkę telefoniczną czyta - Rap to jest taki - Ahaaaa - Nie ‘ahaaa’, bo Ty to wszystko wiesz, tylko chcesz się naśmiać. Tato !! - Piosenka polega na tym, że można ją zagwizdać. Umiesz tą zagwizdać ? - Taaaak ? To proszę bardzo, wymyśl lepszą, jak taki mądry jesteś ! - No i git, pewnie, że wymyślę. Zakład ? - Ale ładna ma być - Innych nie umiem. O czym ma być ? - Wszystko jedno. Albo może być o ślizganiu - Daj mi kwadrans - 10 minut. Albo 5 - 10 ! - 5 ! - 9 ! - 5 ! - 8 ! - 5 ! - 9 ! - Tatooo ! - 10 ! - Dobra (...) - Noo, jeszcze 2 minuty - Mam - To śpiewaj - Bo my jesteśmy hardkorowcami i siejemy tutaj popłoch, szlifując lód uszami - Taaaa hahaha, ja wiem co chciałeś zaśpiewać. Chciałeś zaśpiewać ‘dupami’ hahaha - Kaśka ! Nie wolno przeklinać ! Mam się wkurzyć ?! - Hehehe, nie liczy się, hehehe, jeszcze raz - Wcale nie prawda ! - Jeszcze raz ! - No dobra ... Mam ! Bo my jesteśmy hardkorowcami i siejemy tutaj popłoch, ogromny jak tsunami - Nie-e, znów chciałeś zaśpiewać ... no wiesz. Ja Cię znam, Tato Pół godziny później - Lala-lalala-lala-lalalala - Co tam nucisz ? - Nie powiem - To ja Ci nie powiem, co jeszcze fajnego dziś zrobimy - No dobra. Tych Twoich hardkorowców - Ale z tsunami ? - Bo my jesteśmy hardkorowcami i siejemy tutaj popłoch, siejemy go dupami aaaaahahahahahaha !!! - KAŚKAAAA !!! NIE BĘDZIE DZISIAJ ŻAD ... - Tato, Tato ! Ta w zielonym się zbliża !! Rozpędzaj się !!
czwartek, 03 lutego 2011
Od paru lat tak się porobiło, że tankując, trzeba odpowiedzieć na więcej pytań niż księdzu po kolędzie :
środa, 02 lutego 2011
- Podaj kubek
wtorek, 01 lutego 2011
Wywiózł mnie w buraki autobus i trzeba było nawracać z kilometr. Trasę spacerku uprzyjemniał mi widok plakatów. Na pierwszy ogień poszła reklama Biedronki, potem prochy na spokój w kichach, czub z pstrykaczem na panie i 'nagie prącie na giewoncie’, czy jakoś tak.
Już chciałem popaść w jesienny senny letarg, gdy oto, podobnie jak jednego z forumowiczów ‘kobiety w wieku 17-21’ zainspirowały mnie 3 kolejno mijane oblicza. Każde poważne i nabrzmiałe naszo wspólno trosko, o nasze wspólne jutro, kraj (jaki ?) nasz (no jasne !) Polskę, wspólny dom (też nasz, ma się rozumieć) i przyszłość naszych (no ba !) dzieci - jeśli niczego nie pominąłem. Zawoalowana teza, jakobym z którym z nich miał jakieś wspólne dzieci, była conajmniej lekko naciągana i już chciałem się żachnąć, gdy nagle ujrzałem 4-go. O ile oblicza każdego z tych 3-ech były dość rumiane, by nie powiedzieć najedzone, to 4-ty miał wyraźnie zapadnięte poliki, rozszerzone źrenice i wzrok którym zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb. Jak by tego było mało, chudzina ta ściskała kurczowo tależ pączków których woń odbierała mu zmysły, a jakiś jajcarz dopisał mu nad głową linijkę ‘Unijny program szansą dla mojego biznesu’. ‘Bido Ty moja !’ – zawyłem w duchu i już się rzucałem przez trawnik by poczęstować chłopaka sportem bez filtra, gdy w ostatniej chwili uświadomiłem sobie, że nie palę. ‘Co mogę zrobić, by wyrwać Cię ze szponów unijnego programu który jest Twoją szansą i dać Ci michę pomidorowej z kartoflami ?!’ – zawrzasnąłem ‘Opieprz Ty te wszystkie pączki przed 21-szym, bo który z tych rumianych nie wdrapie się na stołek, opieprzy Ci je pierwszy i jeszcze każe VAT odprowadzić !’ – dokończyłem, nie mając jednak pewności czy usłyszał ... Jutro chyba strzelę fotę tym 4-em i będę miał jak znalazł, na chwilę w której Córa zapyta mnie ‘Tato, a co to jest polityka ?’
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Średniaki. Leżakowanie. Zakład z Okuniem, że nie da rady się przeczołgać pod polówkami na sali, na której śpi nasza grupa i wdrapać z powrotem do swojego koja, niezauważony przez wychowawczynię. 20-tka pędrasiów śni o lalach i samochodach strażackich, gdy Okuń, jak zwiadowca Seals’ów, nie odrywając wzroku od czytającej Przyjaciółkę pani Ani, jak pyton oplata się wokół swej polówki, po chwili pod nią nurkując. Potem słyszę już tylko szelest, gdy pokonuje kolejne wyrka. Idzie mu nadspodziewanie dobrze i już mnie zaczyna skręcać ze złości, gdy oto dociera do polówki Pindora, którego schaby dociskają płótno łóżka, prawie do samej ziemi. Okuń nie po to jednak pokonał połowę dystansu, by teraz ulec gabarytowi tłuściocha. Próbuje różnych technik oskrzydlających, ale Pindor ani drgnie. Okuń odpuszcza śledzia, próbując teraz na saneczkarza, ale jego wysiłki ponownie spełzają. ‘Przyj Okuń, przyyyyyj’ – nabijam się w myślach, bedąc pewnym, że w końcu udało mi się przerwać pasmo zwycięstw konkurenta, gdy oto sam z czachą pod swoją polówką widzę, że i na tę okoliczność jest przygotowany. W półmroku sięga do kieszeni i wyciąga z niej coś na kształt drewnianej kredki. Potem jeszcze precyzyjna przymiarka i szybkie, energiczne dźgnięcie. Pindor podskakuje jak rażony piorunem mrucząc przez sen ‘ałłłaaaa’ i przekręcając na drugą stronę. Okuniowi to wystarcza i zapierając się o kaloryfer, spycha kopytami Pindora, jak sztygar na przodku torując sobie korzytarz. Pani Ania co prawda opuszcza gazetę, ale jest już po wszystkim i nie widząc nic podejrzanego, po chwili z powrotem ją podnosi. Wzdycham ciężko, widząc już oczyma wyobraźni tryumfująco-kpiący uśmieszek na obliczu Okunia. I nie przeliczam się. Po chwili, usmarowany kotami kurzu ale zwycięski, paletą środków ekspresji zmiażdżyłby nawet dziś artystę Sylwka S z Rocky 1 (2, 3 ...do 14 włącznie). Pozostawienie tak spektakularnie wyzywającego wjazdu na ambit bez odpowiedzi, naraziłoby na znaczący szwank moją budowaną latami nienaganną reputację, więc nerwowo pracuję teraz nad konceptem wyczynu, który przyćmi Okuniowy. W końcu mam : - E tam, tak to każdy umie – wypalam mu centralnie, jak tylko zdążył wziąć pierwszy oddech po powrocie - Taaak ?! To teraz sam zasuwaj ! No co, peniasz ?! - Ja peniam ?! Ja ?! Uważaj : podkradnę się pod Kaśkę i z całej siły uszczypnę ją w dupę ! I co ?! Kto penia, co ?! - E tam, przez polówkę nawet nie poczuje - No dobra, to przez samą piżamę - Eeee, też nie poczuje - Dobra, to sciągnę Jej piżamę i ugryzę ją w dupę ! - Nie ! Nie ugryziesz, kłamiesz ! - Nie kłamię, zobaczysz Tym razem ja, czerpiąc aliści pełnymi garściami z dorobku Pindora, oplatam się wokół polówki i nurkuję pod łóżko. Nie ma lekko, na drodze do Kasi mam do pokonania Zosię, Pietrasa i Madzię. Zosię biorę bez wysiłku, gorzej z Pietrasem, ale prawdziwym wyzwaniem okazała się drobna wprawdzie, za to strasznie nerwowa Madzia. Nie wiem co jej się tam śniło (może ja ? Co wiele by tłumaczyło), ale wierzgała co chwila, trafiając mnie piętą kolejno w szczękę, ramię i łokieć. Za 3-cim razem moje pokłady szarmancji się wyczerpały, co zaowocowało prawym sierpem w – na co liczyłem – jej pośladek. O dziwo, zapewne za sprawą mej nienagannej techniki bokserskiej, Madzia najwyraźniej zrobiła sobie przerwę na bobofruta, bo wierzganie ustało. Nie niepokojony już więcej, podczołgałem się pod Kasię – najfajniejszą w naszej grupie lasię. Spod łóżka próbuję przyfilować, czy pani Ania patroluje powierzchnię polówek. Wygląda na nadal zatopioną w lekturze Przyjaciółki, więc powoli i ostrożnie wystawiam peryskop. Kaśka co prawda śpi, ale na plecach, nijak więc nie ma warunków by ukąsić ją w tyłek.Poniewać plan cacy bierze w łeb, potrzebny jest plan be. Kąśnięcie jednak Kasi od przodu niesie za sobą podwyższone ryzyko przyjęcia pazurkami po ślepiach, nim zdążyłbym się wycofać, nie mówiąc o niechybnym podważeniu wartości tego wyniku przez Okunia. Pozostaje więc uzbroić się w cierpliwość. Leżę więc pierwszy raz w życiu pod atrakcyjną dziewczyną, lecz miast się upajać tą chwilą i chłonąć chrapami jej zapach, drapię ją przez płótno polówki w okolice tylnego mostu, by wywołać akcję bioder. Nie mija wieczność, jak w końcu, po serii moich drapnięć i sztychów, Kasia powoli przeflancowuje się na brzuch. Sprawdzam tylko po której stronie ma łepek i już, niczym transylwański hrabia Vlad D., ściągam z niej powoli kordłę, susząc już od dobrej chwili górne 3-ki. Teraz tylko gatki. Zjechały już do połowy, gdy Kaśka przez sen łapie je i wciąga na tyłek z powrotem. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko, więc próbuję 2-gi raz, lecz niestety z tym samym skutkiem. Nadszedł więc czas na męską decyzję. Pozostaje tylko szarża na bagnety. Wspinam się wyżej, powoli łapię gacie obiema rękami, gwałtownie szarpię i kąsam szybko w Kaśkowy tyłek. - Auuaaaaaaa !!! Plose paaaaniiii !!! Daję błyskawicznego nura pod polówkę i jak torpeda pruję z powrotem. Jeszcze chwila a docieram do swego łóżka. Szybko wynurzam się i ..... ląduję twarzą w twarz z pochyloną nade mną panią Anią. Kaśka ryczy jak zarzynane prosię, reszta grupy budzi się, dopytując o szczegóły, pani Ania drze sie na mnie, jakbym to ją ukąsił, a Okuń trzymając się za łeb – rechocze. Z ogólnego armageddonu, do dziś dźwięczą mi w uszach słowa : ‘nie wolno dziewczynki gryźć w pupę, bo dziewczynka płacze’.
Paręnaście lat później. Przyćmione oświetlenie. Inna Kasia, polówka też inna, brak Okunia, pani Ani i całej reszty - Ja chcę jakoś inaczej - Ale jak inaczej ? - No inaczej - Aaa inaczej - Tak dziko bardziej - Jak Tarzan, King Kong czy Winetou ? - Ale Ty jakiś prosty jesteś. Nie umiesz się sam domyślić co znaczy i-na-czej ? Przed oczami stanęła mi scena ze średniaków - Jak się robi inaczej, to dziewczynka płacze - Co ? - No kiedyś już zrobiłem inaczej - Jak ? Pokaż - No dobra, ale sama się prosiłaś Robię rajd na tyły i czując się paręnaście lat młodziej, zatapiam kły. O dziwo zamiast oczywistego ‘Auuaaaaaa, plose Paaaaniiiiii !!’, dobiega mnie coś na kształt : - Mmmmmm hmmmmmmmm a zamiast ogólnego armageddonu – dostrzegłem w oczach nowej Kasi miksturkę podziwu, strachu i satysfakcji. Lekko zbaraniały dociągam do końca huraganu zmysłów, zachodząc cały czas w głowę : To jak to w końcu z Wami jest : wolno dziewczynkę gryźć w tyłek, czy nie ?
piątek, 28 stycznia 2011
Jak każda szanująca się wieś ma swojego śmiertelnego wroga, tak każda osiedlowa siłownia, ma swojego firera. Nasz Firer był jak się patrzy. Jeśli wystruganie tego cherlaka Dawida, zajęło Michasiowi A. ponad 2 lata, to na firera nie starczyłoby mu życia. Nie licząc uszu i pięt, każdy z jego pozostałych centymetrów kwadratowych darł się wielkim głosem, że ich właściciel jest sportsmenem, kulturystą i herosem. Jego posępne oblicze i wzrok którym prześlizgiwał się ponad naszymi głowami, oddawały nabrzmiały wydarzeniami przebieg poprzedniego wieczora, naznaczony głęboką troską o los planety Firer zwykł się był poruszać powoli i majestatycznie, z jednej strony dyskretnie w ten sposób akcentując powagę nieformalnie piastowanego urzędu, a z drugiej, racząc przygodnych koneserów symfonią na grzbietowy, najszerszy, 2 dwugłowe i 1 kaloryfer. Sunąc niespiesznie, pozostawiał dokazującej młodzieży wystarczającą ilość czasu na opuszczenie Jego ławki i równiutkie ułożenie talerzyków po 25 kilo sztuka, co też wspomniana młodzież, bez zbędnego ociągania się, czyniła. Wkrótce potem, rozlegać się zwykło donośne sapanie i wieńczący je chrzęst spadającego na podpórki żelastwa.Mijały dni i tygodnie. Zmieniały się pory roku, ceny karnetów i wejściówek, a Firer trwał jak opoka. I mikrokosmos ten trwałby tak pewnie dalej, gdyby któregoś wiosennego popołudnia nie w wbiegło na naszą salę drobne dziewczę wiosen na oko 18-tu, potrząsając figlarnie - o zgrozo - warkoczykami oplatającymi słuchawki walkmana. Ubrane w różowy dresik frotte i takież adidaski, pląsając niemal, wpadło z korytarza do głównej sali. Niektórzy do dziś utrzymują, że razem z nią weszła też jej koleżanka, ale z bliżej nieznanych przyczyn, nikt nie umie przypomnieć sobie jak wyglądała Po opanowaniu chwilowej konsternacji, spojrzeliśmy po sobie dzieląc się podprogowo przypuszczeniem, że zapewne pląsając tak od damskiej szatni, nie wyrobiła się na pierwszym zakręcie – tym do solarium, ani na drugim – do rowerów i ślepy los, pchnął Ją w objęcia tuzina zbaraniałych facetów. Traf chciał, że moment ten, zbiegł się z pokonywaniem przez sztangę Firera tzw martwego punktu, kiedy to każda fibra jego muskułów napięta była do granic możliwości. Skoczne dźwięki dobiegające ze słuchawek dziewczęcia, wdarły się z całą brutalnością w jaźń Firera i zmusiły do oderwania wzroku od białej gładzi sufitu. Po chwili ciszę przeszyło gwałtowne chrapliwe 'AAAGHAAGHAAAGHAAA !!!' i tylko dzięki szybkiej pomocy zaprzyjażnionego sturmbanfirera, żelastwo spoczęło tam gdzie powinno, nie miażdżąc Firerowej krtani. Wódz, tyleż lakonicznym co ekspresyjnym 'O w q.. je..ne', jak zwykle celnie zwieńczył dramaturgię całej sceny, równocześnie zawierając w nim coś na kształt wdzięczności wobec sturmbanfirera. Dziewczę z kolei struchlało, skuliło się w sobie, drżącym głosikiem wyszeptało 'przepraszam' i kroczek za kroczkiem, oddaliło w najdalszy kąt sali. Chwilę później, Firer wstał i powoli, rytualnie kiwając się na boki skierował się na ławkę przed budynkiem. Po chwili, pojedyńczo lub grupkami, dołączyła doń zuchów reszta, pozostawiając mnie sam na sam z dziewczęciem, z widocznym wysiłkiem walczącym akurat z nieobciążonymi niczym uchwytami jednej z maszyn. - To przeze mnie ? - spytała nieśmiało unosząc brwi do góry, z wyraźnym poczuciem winy w głosie. - Eeeee, za dużo zabrał. Co chwila za dużo zabiera - zełgałem bez przekonania - Aaa ........ Ale tu dziewczyny mogą ćwiczyć ? - Nooo, mooooogą - zaprzeczyłem Zrobiła jeszcze parę ruchów i po chwili wyszła z sali.Powoli sala z powrotem zaczęła się zapełniać. Ostatni wrócił Firer. Nastrój zdawał się wracać do normy, z rzadka tylko dawało się dosłyszeć przepojone skargą westchnienie typu : 'no bo niedługo to tu zaczną z wózkami wjeżdżać, albo trzeba będzie kupić kolorowe majtki na aerobik'. Minął następny trening i kolejny. Dziewczęcia nie było. Jakiś czas później niemal zderzyliśmy się w kolejce po karnet - Cześć - uśmiechnąłem się - Cześć - odwzajemniła uśmiech - Coś nie wpadasz do nas ostatnio ? - nawet mi głos nie zadrżał, od tej ociekającej obłudą zajawki - No jakoś tak ... Ale wpadnę - nikt z nas, ani przez chwilę nie wierzył w to co mówił A jednak. Tym razem w czarnym dresie, upięta w koński ogon i bez walkmana, wolnym, ale nie zbyt wolnym krokiem, z wyrazem lekkiego napięcia na twarzy, weszła kierując się w stronę 'swojej' maszynki. Maszynka była chwilowo zajęta, więc stanęła w pobliżu, naprzeciw lustra i na lekko rozstawionych długich nogach, opierając dłonie na biodrach, zaczęła lekko nimi kręcić (biodrami, nie dłońmi), zwrócona do nas tyłem. Obserwowaliśmy tę scenę z pewnym napięciem. Nie tylko z powodów dla każdego faceta oczywistych, ale również ciekawi, czy pantomima owa, znów nie przerodzi się w monodram w wykonaniu Firera. Szczęśliwie, Firer mało, że nie zechciał zażyć kąpieli słonecznej na ławce, to jeszcze zdawał się całkiem pilnie obserwować koleżankę. Po chwili maszynka zwolniła się i dziewczę położyło się na ławce, raźno chwytając za uchwyty. Pierwsze seria ruchów, bez żadnego obciążenia poszła Jej całkiem łatwo, więc zdając się kompletnie nie zwracać na nas uwagi, załozyła na oba ramiona maszynki po 5-taku. Wymieniliśmy się między sobą przepojonymi współczująciem uśmieszkami, spokojnie czekając na ciag dalszy. Już pierwsze ruchy, sprawiły Jej dużą trudność. W pewnej chwili, wszystkie urocze krągłości spiętrzyły się w nierównej walce, a buzia pokraśniała z wysiłku. Uchwyty utkwiły w martwym punkcie i nie ruszały z miejsca od dobrych paru sekund. Patrzyliśmy na to lekko zaskoczeni jej ambicją, ale prawdziwe zaskoczenie nastapiło, gdy w pewnej chwili Firer podszedł szybszym niż zwykł to czynić krokiem i góra dwoma palcami podniósł jeden z jej uchwytów do góry. Po chwili, kiedy jeszcze cały czas go trzymała, delikatnie zaczął go opuszczać, a kiedy uchwyty zatrzymały się, zaczął zbierać się do powrotu na swoją ławkę Dziewczę z mieszaniną wdzięczności, zaskoczenia i zakłopotania najwyraźniej czuło, że powinno coś powiedzieć. W ko[a1] ńcu, po długiej chwili wahania rzekło cicho : - Dziękuję .....panu Firer najwyraźniej został zaskoczony jeszcze bardziej i kompletnie nie wiedział co z tym zrobić, ale w końcu zdał się znaleźć pozwalająca mu wyjść z twarzą, ripostę - Jakiemu panu ?! I nie zakładaj tyle, na drugi raz ! Mimo, że 'tyle' na określenie 10 kilo w każdej innej sytuacji wywołałoby eksplozje śmiechu, nikt się nawet nie uśmiechnął. Dla wszystkich było oczywiste, że brak rutynowego przerywnika, obowiązkowego w tej ociekającej testosteronem sali znaku interpunkcyjnego, ze strony Firera mógł oznaczać tylko jedno : szpony afektu ! Oczywiście, nie znalazł sie żaden samobójca, który choćby drgnieniem powieki odważyłby się podzielić, tym oczywistym dla wszystkich spostrzeżeniem. Tempo treningu po chwili wróciło do normy, ale każdy z nas już wiedział już, że w życiu siłowni coś się zmieniło i nie wszystko będzie już takie samo. I nie mylił się. Dwa dni później, kiedy znajoma, wyprostowana i czarna jak Nefretete figurka weszła na salę, maszynka zwolniła się natychmiast. Nefretete opromieniła wszystkich uroczym uśmiechem, a każdy z nas się ochoczo zrewanżował. Firer doczekał się ułamek sekundy dłuższego spojrzenia niż inni i nieznacznie kiwnął głową wyrywając natychmiast żelastwo w górę, by nikt nie dostrzegł nawet cienia jego reakcji. Wkrótce stała się naszą maskotką. Lubiliśmy podpatrywać jak podnosi kolejne odważniki. Kiedy znikała w piwnicy z workiem i rozlegały się odgłosy kopnięć a potem wychodziła do nas na górę, ścigaliśmy się który pierwszy spyta : - Już kopie ? ;) by usłyszeć zawsze to samo wesołe - Kopie, kopie ! :) Tylko raz jakiemuś nowemu wyrwało się jeszcze - A który miesiąc ? Ale nim jeszcze skończył, ze spojrzenia któregoś z nas wyczytał jak poważny błąd popełnił i nie czekając na odpowiedź, sam wycofał się niepewnie, na z góry upatrzone pozycje : - Hhheeeehhheee, nnnnieeee, tak się tylko pyttttałem ..... Wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, co zrobi a raczej dlaczego nic nie robi Firer, ale nikt nie odważył się zapytać. Tak minął miesiąc, a potem drugi, nadeszło lato i przerwa wakacyjna. Po przerwie, z mniejszym czy większym opóźnieniem stawiliśmy się komplecie. Nefretete jednak nie wróciła. Firer wyraźnie posmutniał i odzywał się jeszcze mniej, choć nigdy przecież nie odzywał się dużo. Początkowo nie było dwu treningów pod rząd by ktoś w ten czy inny sposób Jej nie wspomniał. Z czasem wspomnienie bledło i wszyscy po trochu zapominaliśmy. A kiedy zdawało się, że nikt już jej nie pamięta, pewnego razu, ktoś inny skoczył unieść sztangę znad Firera, która już za chwilę opadłaby na niego. Po chwili, kiedy bezpiecznie znalazła się na podpórkach, a pomagający wracał na swoje miejsce, usłyszał zza pleców ciche i melancholijne - Dziękuję .... panu Ktoś się cicho i niepewnie zaśmiał. Firer o dziwo się uśmiechnął. Wtedy zaśmiał się kolejny i nastepny, aż w końcu sam Firer parsknął zdrowym końskim, nie słyszanym przez nas nigdy śmiechem i przez dobrą minutę lub dwie rozbrzmiewała nim cała sala.
czwartek, 27 stycznia 2011
W któreś wakacje, jako pacholę, będąc w Augustowie musiałem się ostrzyc. Czasy nie były łatwe, bo spudłowanie decyzji 'na punka, poppersa czy skina' wymagało często nienagannego charakteru w nogach, a bliżej nieznana okolica, nie |
|